Historia
Mysia Wieża — historia Heleny i Jerzego
Redakcja Dojrzałe Randkowanie Opublikowano: 19 maja 2026
Historia fikcyjna, inspirowana typowymi sytuacjami. Bohaterowie i wydarzenia nie są prawdziwi.
Helena nie planowała tej wycieczki. Zapisała się do klubu seniora głównie dla świętego spokoju — córka uparła się, że matka „za dużo siedzi w domu”. Sześćdziesiąt siedem lat, dwa lata od śmierci męża, i przekonanie, że na nowe znajomości jest już zdecydowanie za późno.
Autokar zawiózł ich do Kruszwicy. Przewodnik prowadził grupę pod Mysią Wieżę — tę z legendy o królu Popielu, którego miały zjeść myszy. Helena znała tę opowieść od dziecka, ale nigdy nie stała u stóp prawdziwej wieży nad Gopłem.
— Podobno z góry widać całe jezioro — odezwał się mężczyzna obok niej. Jerzy. Też z klubu, choć dotąd zamienili może dwa zdania. Wdowiec, jak się okazało, emerytowany nauczyciel geografii. — Wejdziemy? Schody strome, ale chyba damy radę.
Dali radę, choć z przystankami i żartami o kondycji. Na szczycie rozłożyła się przed nimi tafla Gopła, srebrna w popołudniowym słońcu. Stali obok siebie, łapiąc oddech, i przez dłuższą chwilę żadne nie czuło potrzeby mówienia.
— Mój mąż zabrałby teraz aparat i robił czterdzieści zdjęć tego samego widoku — powiedziała w końcu Helena, sama zdziwiona, że mówi o nim lekko, niemal z uśmiechem.
— A moja żona kazałaby mi je wszystkie wydrukować — odparł Jerzy. — I tak nigdy tego nie zrobiłem.
Roześmiali się oboje. To był ten rodzaj śmiechu, który rozumie tylko ktoś, kto też kogoś stracił — w którym tęsknota i czułość mieszczą się obok zwykłej, ludzkiej radości.
W drodze powrotnej autokar zatrzymał się na kawę. Usiedli przy jednym stoliku, jakby to było oczywiste. Jerzy opowiadał o uczniach, Helena o swoim ogrodzie, o pomidorach, które w tym roku znów się nie udały. Rozmowa płynęła bez wysiłku, jak rzeka, której oboje przez lata zapomnieli.
Przy pożegnaniu Jerzy odchrząknął. — W przyszłym tygodniu jest wycieczka do Biskupina. Wybierasz się?
Helena nie planowała. Ale spojrzała na niego — na tego spokojnego człowieka, który bez wielkich słów sprawił, że całe popołudnie minęło lekko — i usłyszała własny głos: — Wybieram się.
W domu, wieszając płaszcz, złapała się na tym, że nuci. Nie pamiętała, kiedy ostatnio nuciła. Pomyślała o Gople, o legendzie, o tym, że nawet stare mury mają jeszcze coś do pokazania temu, kto zechce wejść na górę.
Może nie było za późno. Może po prostu był to inny rozdział — pisany spokojniej, z większą wdzięcznością za każdy zwykły, dobry dzień.
Ta historia jest fikcyjna, a postacie zostały wymyślone. Ma ilustrować, że na nowy początek — i nową bliskość — nie ma jednej właściwej pory.